Lempuyang Temple, Bali

Bali jest do bani, czyli dlaczego więcej tam nie pojedziemy.

Data wizyty: 13-20.11.2019.

Po Korei Południowej, Japonii i Tajwanie, przyszedł czas na znaczną zmianę położenia geograficznego i zupełnie inny krąg kulturowy. Mianowicie, udaliśmy się do Indonezji.

Bardzo obawiałam się tej zmiany, gdyż Indonezja to kraj, o którym czytałam bardzo dużo i niestety poza zachwytami nad przyrodą, natknęłam się na opisy wielu nieprzyjemnych sytuacji, oszustw i problemów, z jakimi muszą zmagać się turyści.

Sama nigdy wcześniej czegoś takiego w Azji nie doświadczyłam, gdyż kraje, które odwiedziłam w poprzednich latach, przyjęły mnie ciepło i przyjaźnie. Nie miałam żadnych nieprzyjemnych przygód ani na Filipinach, ani w Tajlandii, czy też Malezji, a o krajach dalekowschodnich nawet nie wspomnę.

Przeczuwałam jednak, że w Indonezji moje szczęście się skończy i w tym kraju problemów na pewno już nie uniknę. W końcu co innego można pomyśleć po lekturze artykułu zatytułowanego „10 Common Scams in Bali”, który nie wymienia nawet wszystkich oszustw, a jedynie te najbardziej popularne.

Dojazd z lotniska.

Po wylądowaniu na Bali, idziemy do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się, jak dojechać do Kuty, gdzie planujemy spędzić pierwszy tydzień. Co słyszymy od młodej dziewczyny? Że powinniśmy wziąć prywatny transport za 100 000 Rp. Z Internetu wiemy, że kursuje publiczny autobus za 3 500 Rp., ale pani proponuje nam rozwiązanie, które jest prawie 30 razy droższe! Niesamowite, prawda?

Co więcej, bardzo ciężko było nam wyciągnąć od niej informację, gdzie tego autobusu szukać i w rezultacie musieliśmy pytać kolejne osoby o pomoc.

No nic, udało się. Załapaliśmy się na autobus, bilety faktycznie kosztowały 3 500 Rp. (aczkolwiek całej reszty nie dostaliśmy, podobnie jak druga para białasów, która z nami jechała) i dojechaliśmy do Kuty. Później musieliśmy jeszcze trochę podejść, ale i tak było warto.

Berlian Inn – nasz nocleg.

Zatrzymaliśmy się w pensjonacie Berlian Inn, który znajduje się w przecznicy odchodzącej od turystycznej uliczki o nazwie Poppies. Do plaży mieliśmy zaledwie kilka minut, a w okolicy mnóstwo sklepów, restauracji i agencji turystycznych. Naprawdę znakomita lokalizacja, a i pensjonat wart polecenia, jeśli ktoś nie ma zbyt wygórowanych potrzeb. Wyposażenie pokoju było bowiem dość podstawowe, ale za to mieliśmy własną łazienkę i mały taras z widokiem na ogród. Poza tym, pracownicy byli bardzo mili i od razu udzielili nam wielu pożytecznych rad (co też dało nam dużo do myślenia).

Po pierwsze, powiedzieli żebyśmy nie wymieniali pieniędzy w małych punktach znajdujących się koło salonów masażu (myślę, że chodzi o wszelkie przybytki, w których siedzi podejrzany ziom, a kurs wymiany jest zadziwiająco wysoki). Podobno wabią ofiary właśnie wysokim kursem, a później oszukują przy liczeniu pieniędzy.

Podczas następnych dni, usłyszeliśmy wiele dobrych rad, od wielu osób. Prawie za każdym razem, gdy kogoś poznawaliśmy i wchodziliśmy w jakąś interakcję (np. z panami od transportu), te osoby bardzo szybko zaczynały nas traktować po kumpelsku i ostrzegać przed przeróżnymi zagrożeniami. A to żebyśmy uważali na złodziei, a to żebyśmy trzymali telefon dwoma rękami, a to żebyśmy zamykali drzwi na noc (bo wtedy „everybody happy”), a to żebyśmy wymieniali pieniądze tylko w autoryzowanych miejscach.

I jak tu się zrelaksować i cieszyć wakacjami, jak na każdym kroku czyha zagrożenie i nie można spuścić plecaka z oka? Zwłaszcza jak dopiero co się przyleciało z Dalekiego Wschodu, gdzie można zostawić telefon na dworcu, gdyż zaraz zostanie przez kogoś odnaleziony, zaniesiony do okienka, a następnie odwieziony do naszej stacji docelowej i zwrócony nam w nienaruszonym stanie (true story by the way).

Turysta płaci więcej.

Kolejna rzecz, która irytuje mnie na Bali, to rażąca dyskryminacja turystów, która polega na tym, że za wiele rzeczy musimy płacić więcej niż Indonezyjczycy. Co gorsza, nikt się nawet z tym nie kryje i otwarcie mówi się nam, że musimy zapłacić więcej, gdyż jesteśmy obcokrajowcami.

Dla mnie jest to niedorzeczne i powinno być nielegalne. Tutaj jednak, sam rząd wprowadza różne ceny ze względu na narodowość, więc taki stan rzeczy z pewnością będzie się utrzymywał.

Mnie to zniechęca skutecznie i myślę, że na Bali nigdy więcej nie wrócę. Z tego też powodu, być może nigdy więcej nie pojadę do Indonezji. Jestem zdecydowanie przeciwna takim praktykom i nie mam zamiaru ich wspierać. Poza tym, nie czuję się dobrze w kraju, który hołduje takim zasadom i wolę pojechać w miejsce, gdzie będę traktowana z szacunkiem.

To, co denerwuje mnie jeszcze bardziej, to fakt, że Indonezja, a zwłaszcza miejsca takie jak Bali, żyją głównie z turystyki. Oznacza to więc, że turyści, którzy de facto karmią tamtejszą ludność, zamiast odrobiny wdzięczności albo chociaż zwykłego szacunku, który należy się każdemu człowiekowi, są traktowani nie jak ludzie, a jak skarbonki bez dna.

Co jeszcze dziwniejsze, to to, że wielu osobom zdaje się to nie przeszkadzać. Turyści chętnie tu wracają, płacą zawyżone ceny i są zadowoleni.

No cóż? Ja mam już na ten temat wyrobione zdanie i Indonezja to dla mnie Big No – No!

Wieczne targi.

Kolejna rzecz w temacie, to targowanie, które nigdy się nie kończy. Poza supermarketami i kilkoma innymi miejscami, targować trzeba się o wszystko.

Ja rozumiem, że w wielu krajach jest to część kultury i przez lata opanowałam sztukę negocjacji cenowych całkiem nieźle. Męczy mnie jednak, jeśli muszę targować się o WSZYSTKO!!!

Na Bali natomiast, bez negocjacji ani rusz. Trzeba się targować o taksówkę, o cenę wycieczki, o przejazd łódką, o leżak na plaży, o sukienkę, a nawet o kokosa. Nikt nie zaoferuje uczciwej ceny, zawsze będzie ona znacznie zawyżona.

Co więcej, przy tragach liczy się narodowość i dlatego często na samym początku rozmowy, zostaniemy zapytani o kraj pochodzenia.

My, Europejczycy jesteśmy na troszkę uprzywilejowanej pozycji, gdyż przykładowo Australijczyków ciągnie się na kasę jeszcze bardziej.

Gdy kupowałam sukienkę, pan uznał za stosowne pochwalić się, że daje mi super niską cenę 300 000 Rp., gdyż od Australijczyka, czy Japończyka, wyciągnąłby 600 000 Rp. Mówił to tak, jakby należały mu się za to oklaski.

Mnie coś takiego bynajmniej nie imponuje i byłam wręcz zniesmaczona.

Ostatecznie dałam mu 75 000 Rp., co i tak uważam za dość wysoką cenę, bo te kolorowe szmatki nie są tego warte.

Nie ma nic za darmo.

Na Bali za wszystko trzeba zapłacić. Nawet nóg nie opłuczemy sobie z piasku za darmo, o skorzystaniu z toalety nie wspominając.

Płatne są świątynie, parki, góry. W wiele miejsc trzeba chodzić z przewodnikiem.

Indonezyjczyków oczywiście to nie dotyczy. Przykładowo, gdy wchodziliśmy do Taman Tirtagangga, tuż przed nami przez bramkę przeszła cała grupa lokalesów, nawet nie patrząc w stronę bileciarza. My natomiast, musieliśmy zapłacić po 40 000 Rp. Odechciewa się wszystkiego, naprawdę!

Bardzo nieprzyjemną sytuację mieliśmy też przy jednej ze świątyń – Goa Lawah Temple.

Nie dość, że musieliśmy tam zapłacić za wstęp więcej niż Indonezyjczycy, to jeszcze doliczono nam po 5 000 Rp. za wypożyczenie sarongu. Ja specjalnie na tę okazję założyłam długą spódnicę, a Kasper miał długie spodnie. Dla panów nie miało to jednak znaczenia. Trzeba zapłacić za sarong i koniec. W dodatku powiedzieli nam, że nie obchodzi ich, że nam się nie podoba. Nie musimy wchodzić.

Podsumowując.

Na takich właśnie sytuacjach, upłynął nam pierwszy tydzień na Bali. Cieszyliśmy się tylko, że nie zarezerwowaliśmy na wyspie dłuższego pobytu, bo chyba szlag by nas tam trafił. Oczywiście nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że po dziewięciu dniach, niejako z przymusu, znów znajdziemy się na wyspie.

Ale ……… mimo wszystko, kilka pozytywnych wspomnień z tego pobytu mamy. Napiszę o tym w kolejnym poście.

Teraz wspomnę jeszcze tylko, że spotkaliśmy kilka osób, które były dla nas bardzo miłe i bardzo chciały pomóc. Oczywiście były to osoby, które nie miały nic wspólnego z turystyką.

Być może się mylę, ale miałam wrażenie, że zdają sobie sprawę, jak traktuje się turystów na Bali i próbują nam to w jakiś sposób wynagrodzić.

Szczególnie w pamięci pozostała mi pewna kobieta, którą spotkaliśmy na przystanku. Była bardzo rozmowna, miła i udzieliła nam mnóstwo informacji. Upewniła się, że chłopak w autobusie wie, gdzie się wybieramy i odpowiednio się nami zajmie. Była super, naprawdę!

2 Comments Posted

  1. Przykre, że mieliście takie doświadczenie z Bali. Pewnie dużo zależy od czasu i okoliczności. My w sumie sporo czasu spędziliśmy na Bali, ale najpierw byliśmy kiedy było zagrożenie wybuchem Agunga, więc turystów było jak na lekarstwo, a drugim razem mieszkaliśmy u koleżanki, więc w niewielkim stopniu spotkaliśmy się dojeniem turystów. Zgadzam się natomiast, że Bali nie jest łatwe. Zatłoczone i zakorkowane, bardzo komercyjne i turystyczne. Warto uciec z głównych tras i wybrać się na północ albo na zachód wyspy. A najlepiej wybrać inną z tysięcy indonezyjskich wysp. Ja akurat Indonezję pokochałam, ale przede wszystkim ze względu na Sulawesi i Lombok, gdzie zawarliśmy fantastyczne przyjaźnie i dzięki temu mieliśmy okazję poznać miejsca zupełnie nieznane turystom. BTW, z mojego punktu widzenia jeszcze są gorsze są Gili 😉 Ściski dla Was!

    • Tak, czytałam Wasze wpisy o Bali. Wiem, że mieliście dużo lepsze doświadczenia. No ale tak to już jest. Różnie bywa.
      Co do Gili, to nam akurat tam było dobrze. Odpoczęliśmy. Chyba trafiliśmy też na jakiś mało imprezowy okres, więc było naprawdę spoko.
      Jeśli zawitamy ponownie w te rejony, to na pewno wybierzemy inną wyspę. Sulawesi jest w kręgu naszego zainteresowania, a oprócz tego Jawa i Sumatra.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*