Te Araroa – pieszo przez Nową Zelandię. Część 3: Te Wairoa Road (Kerikeri) – Waikare Road (ok. 39 km) oraz odpoczynek w Rawhiti, zaręczyny w Whananaki i Nowy Rok w Whangarei.

Data wizyty: 26.12.2019-01.01.2020.

26 grudnia ruszamy w dalszą drogę. Najpierw idziemy przez Kerikeri, a później łapiemy podwózkę na krótki odcinek prowadzący drogą. Przemiły starszy pan podwozi nas na Te Wairoa Road, gdzie szlak ponownie wkracza na tereny leśne. Jest to 231 kilometr.

Idzie się bardzo przyjemnie, najpierw długo, długo przez las, a później drogą, która jest jednak rzadko uczęszczana przez samochody.

Nie wiem jak, ale w pewnym momencie gubimy szlak i co gorsza, w ogóle tego nie zauważamy. Orientujemy się dopiero podczas odpoczynku, który urządzamy sobie nad napotkanym po drodze wodospadem. Jest to Haruru Falls.

Wodospad to naprawdę fajna miejscówka, więc w sumie nie żałujemy. Zwłaszcza, że idąc dalej, natrafiamy też na duży supermarket i Kasper idzie po napoje.

Później bez trudu dochodzimy na nabrzeże i będąc ponownie na szlaku, idziemy wzdłuż plaży.

Przechodząc przez małe, turystyczne miasteczko, spotykamy Corneli i w trójkę kontynuujemy wędrówkę. Jest już dość późno, więc chcemy po prostu dojść na najbliższe pole namiotowe.

Ponownie trafiamy na Holiday Park (Paihia Top 10 Holiday Park) i chociaż jest tam naprawdę drogo, to zostajemy na nocleg. Najważniejsze, że można się wykąpać i wyprać rzeczy.

Malownicza trasa.

Następnego dnia mamy do przejścia bardzo malowniczy odcinek szlaku. Najpierw idziemy wybudowaną ścieżką, która prowadzi przez mokradła, a później brzegiem zatoki, która dostarcza wspaniałych wrażeń. Widoki są piękne.

Po kilku kilometrach docieramy do małego portu, w którym wsiadamy na prom i płyniemy na przeciwny brzeg. Tam prowadzi alternatywna nitka szlaku.

Zatokę moglibyśmy przepłynąć kajakiem, ale mnie od początku nie podoba się ten pomysł. Nigdy wcześniej nie spędziłam na kajaku więcej niż może pół godziny, więc nie bardzo chcę wypuszczać się w kilkugodzinną eskapadę. Poza tym, jest to bardzo drogie przedsięwzięcie.

Spacer drogą, nawet jeśli miała być alternatywna, przemawia do mnie dużo bardziej.

Trasa okazuje się zresztą bardzo ładna. Niestety cały czas prowadzi drogą. Ruch nie jest szczególnie duży, ale na pewno wpływa na ogólne wrażenie.

Pokonujemy kilometr za kilometrem i naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić, co tak naprawdę spowodowało, że nagle zapragnęliśmy opuścić szlak.

Schodzimy ze szlaku.

Otóż, w pewnym momencie, gdy mamy właśnie odbijać na Waikare Road, postanawiamy, że ominiemy kolejny fragment szlaku i stajemy przy wjeździe na inną drogę.

Jest to decyzja bardzo spontaniczna, nie obarczona żadnym wcześniejszym planowaniem. Po prostu zamiast skręcić w prawo, nagle decydujemy udać się w lewo.

Po chwili łapiemy stopa i trafiamy do samochodu z bodajże trzema młodymi chłopakami. Trochę się nie dogadujemy, gdyż oni zaraz skręcają w kolejne lewo, a my chcieliśmy jechać w prawo, ale gdy się orientujemy, jest już za późno.

Chłopcy są wyjątkowo mili i przyjaźni, ale ja marzę żeby jak najszybciej wydostać się z tego samochodu. Jest tak dlatego, że jadą jak wariaci. Naprawdę!

W końcu wysadzają nas przy małym skrzyżowaniu, gdyż my chcemy jechać w inną stronę niż oni. Później jednak, za sprawą pary młodych Belgów, pojedziemy w to samo miejsce.

Łapiąc stopa, poznajemy bowiem przemiłą parę podróżującą vanem, która oferuje, że zabierze nas na pobliską plażę. Być może jest to jeden z tych dni, kiedy godzimy się na wszystko, gdyż ponownie zmieniamy plany i akceptujemy ich ofertę.

Rawhiti.

Rawhiti, gdzie ostatecznie się zatrzymujemy, to fajne, spokojne miejsce, ale z pewnością niewarte jakiegoś szczególnego polecenia. Ot to, rodzinna destynacja nad wodą.

My jednak miło spędzamy tam czas z nowymi znajomymi, a rano jemy jajka sadzone, co jest niewątpliwie miłą odmianą.

Whananaki.

Następnego dnia wyruszamy w dalszą drogę z Belgami. Plan jest raczej niesprecyzowany.

Robimy krótki postój w Helena Bay, ale ostatecznie lądujemy w Whananaki. Najpierw udajemy się na duży kemping i do znajdującego się tam sklepu, ale później wybieramy znacznie spokojniejsze pole namiotowe, usytuowane bezpośrednio nad oceanem.

Jest to jedno z tych miejsc, gdzie nie ma prawie żadnych udogodnień, ale nie ma też prawie wcale ludzi. Jest cicho, spokojnie i z widokami. Zaledwie kilka metrów dalej, jest piękna plaża.

Uświadamiamy Belgów o Tua Tua i razem wykopujemy ich na plaży cały garnek. Później Kasper przyrządza nam przepyszne danie. Belgowie są zachwyceni.

Zaręczyny.

Nasi nowi znajomi opuszczają plażę następnego dnia, a my zostajemy na jeszcze jeden nocleg.

Zwiedzamy okolicę i drewnianym mostem przechodzimy na drugą stronę małej zatoki. W ten sposób ponownie trafiamy na duży kemping i idziemy do sklepu.

Nasze pole namiotowe jest naprawdę znakomicie usytuowane. Znajduje się bezpośrednio nad oceanem, na odludziu, ale w razie potrzeby, krótki spacer wystarczy, aby stanąć u bram cywilizacji, gdzie jest dostęp do ciepłego jedzenia, kawy i przeróżnych innych produktów.

Popołudniu wypijamy winko na naszej pięknej, szerokiej plaży, a w nocy kładziemy się w śpiworach na piasku (jest naprawdę chłodno) i podziwiamy przepiękne niebo.

Nigdzie wcześniej nie widziałam tak gwieździstego nieba jak w Nowej Zelandii, a na tej plaży, ze względu na brak świateł, jest ono jeszcze bardziej zjawiskowe. Jako że znajdujemy się na południowej półkuli, widać też inne konstelacje niż te znane nam z Europy, m. in. Krzyż Południa.

Scenerię mamy więc magiczną i to właśnie ten moment Kasper wybiera, żeby mi się oświadczyć.

W ten oto sposób, zaręczamy się 29 – ego grudnia, w Nowej Zelandii, w miejscu o egzotycznej nazwie Whananaki.

Whangarei i The Grand Hotel.

Następnego dnia ponownie udajemy się na duży kemping i łapiemy stopa bezpośrednio do Whangarei, większego miasta, gdzie planujemy zostać do Nowego Roku.

Przemiła rodzinka wysadza nas na polu namiotowym, ale szybko okazuje się, że nie ma tam żadnych wolnych miejsc. Zmuszeni jesteśmy szukać noclegu gdzie indziej.

Zupełnie przypadkiem, rezerwuję nam pokój w hotelu o nazwie The Grand Hotel. Nie spodziewam się, że ta wzniosła nazwa wiąże się z faktycznym prestiżem tegoż przybytku (zwłaszcza, że jest to dość budżetowa opcja), ale już wkrótce okazuje się, że w pewnym sensie jest inaczej.

Co prawda obecnie recepcja znajduje się w dość podejrzanym barze, a obsługa nie jest szczególnie wyrafinowana, ale historię, hotel ma co najmniej imponującą.

Otóż w 1953 roku zatrzymała się w nim królowa Elżbieta II z mężem Filipem i całą swoją świtą!

Gdy wchodzimy do lobby, okazuje się, że jeśli chodzi o wnętrze, to chyba niewiele się od tego czasu zmieniło. Witają nas ładne, drewniane schody, zdobiony sufit, starodawne drzwi prowadzące do restauracji i elementy wystroju typowe dla dawnych hoteli. Natomiast w łazience, w naszym pokoju, jest mała dziura w ścianie, do której kiedyś wrzucano zużyte żyletki.

Wszystko jest w całkiem dobrym stanie i wygląda naprawdę fajnie. Cieszymy się, że to właśnie do tego hotelu trafiamy dzień po naszych zaręczynach.

Niestety Whangarei, chociaż jest największym miastem w okolicy, nie dostarcza zbyt wielu wrażeń. Na Sylwestra nie dzieje się nic i zostaje nam jedynie spacer.

Resztę czasu spędzamy na jedzeniu i odpoczynku oraz oglądaniu takich noworocznych hitów, jak Szklana Pułapka.

Robimy też zapasy jedzenia na dalszy etap wędrówki. Oto co zazwyczaj nieśliśmy ze sobą na Te Araroa:

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*