Te Araroa, Nowa Zelandia

Te Araroa – pieszo przez Nową Zelandię. Część 2: Omahuta Road (Mangamuka) – Puketi Campsite (ok. 37 km) oraz święta w Kerikeri.

Data wizyty: 21-25.12.2019.

Poranek w Ahipara minął nam dość spokojnie i leniwie. Nie spieszyliśmy się, gdyż wiedzieliśmy, że nie od razu ruszymy na szlak.

W między czasie nasz plan, aby pokonać jednym ciągiem tyle trasy, ile się da w dostępnym nam czasie, uległ bowiem zmianie.

W notatkach dostępnych w aplikacji było napisane, że leśny odcinek wiodący od Ahipara jest zamknięty ze względu na chorobę drzew kauri i aby do Kaitaia iść drogą! Z miasteczka sugerowano natomiast łapanie podwózki, aby uniknąć chodzenia po autostradzie.

W sumie w najbliższej perspektywie mieliśmy kilkadziesiąt kilometrów po asfalcie (z czego i tak część musielibyśmy przejechać) oraz bardzo trudny, leśny odcinek.

Uznaliśmy, że coś takiego nie ma sensu i lepiej będzie, jeśli spożytkujemy nasz czas na przyjemne, atrakcyjne odcinki. W końcu i tak nie zamierzaliśmy ukończyć szlaku w całości. Po co więc się męczyć i w dodatku ryzykować chodzenie drogami uczęszczanymi przez samochody?!

Nowy plan zakładał, że najpierw pojedziemy do Kaitaia, gdzie zrobimy zakupy, a następnie pojedziemy jeszcze dalej, aż do miejsca, gdzie szlak ponownie wkracza na polną drogę.

PAK’nSAVE.

Do Kaitaia zawiózł nas pewien Maorys, który zachwalał spędzanie emerytury w Nowej Zelandii.

Wysadził nas tuż pod ogromnym supermarketem PAK’nSAVE, gdzie mieliśmy okazję zrobić zakupy na kilka najbliższych dni.

Złapanie kolejnego stopa zajęło nam trochę czasu, ale w końcu trafił się miły pan, który podwiózł nas kilka kilometrów, w znacznie dogodniejsze miejsce. Stamtąd już bez trudu złapaliśmy ostatniego kierowcę, który zawiózł nas do skrzyżowania autostrady z Omahuta Road, a także uraczył nas niesamowitą historią swojego życia.

Otóż ten pan, obecnie również na emeryturze, przez 35 lat pracował dla Lonely Planet! Stacjonował w Arabii Saudyjskiej, ale jeździł po całym świecie. A pracę dostał zupełnie przez przypadek. Mianowicie, podczas prywatnej podróży do Wietnamu, przydarzyła mu się dość ciekawa i nieco przerażająca przygoda, którą opisał w liście do przyjaciółki. Ta natomiast, zgłosiła ją na konkurs. Opisana historia ostatecznie reprezentowała Wietnam, a nasz kierowca dostał ofertę pracy dla słynnego przewodnika. Niesamowite, prawda?

Omahuta Road i Apple Dam.

Do szlaku dołączyliśmy na 161 kilometrze, dokładnie tam gdzie schodzi z autostrady i dalej biegnie już dużo przyjemniejszą i spokojniejszą drogą – Omahuta Road.

Po kilku dniach spędzonych na plażach, była to przyjemna zmiana krajobrazu. Od teraz otaczały nas zielone wzgórza, a później również bujne lasy. Natomiast leniwie wypasające się krowy, dodawały okolicy sielankowego uroku.

Do przejścia nie mieliśmy zbyt wiele, zaledwie 12 km, gdyż na nocleg chcieliśmy zatrzymać się na kempingu Apple Dam.

Znajduje się on 500 m od szlaku i nie ma na nim absolutnie nic.

To jedynie kawałek wolnej przestrzeni, na której można rozbić namiot i małe palenisko. Nie ma żadnych zabudowań, ani nawet ujęcia wody.

Na szczęście na tym etapie, jako że byliśmy świeżo po zakupach, mieliśmy ze sobą wszystko, co było nam potrzebne.

Nie ukrywam jednak, że nocowanie w tak odludnych miejscach napawa mnie lekkim strachem i z pewnością nie pomogły dziwne odgłosy, które słyszałam w nocy. Miałam wrażenie, że coś chodzi wokół naszego namiotu. Myślę, że mógł to być opos, ale pewności oczywiście nie mam.

Strumień, przepaści, przeszkody i nocleg między drzewami.

Następnego ranka ruszyliśmy dalej, nie spodziewając się, że czeka nas jeden z najtrudniejszych dni na szlaku.

Zaczęło się od kamienistej drogi, po której nie szło się zbyt wygodnie, ale później wkroczyliśmy na bardzo ładne, trawiaste ścieżki, gęsto otoczone roślinnością i drzewami.

Natknęliśmy się również na stację do czyszczenia obuwia. Później widzieliśmy takie wielokrotnie. Mają one pomóc zapobiegać rozprzestrzenianiu się choroby drzew kauri.

Swoją drogą jest to dość niesamowite, że na tak trudno dostępnych, zalesionych terenach, spotyka się potężne, nowoczesne stacje do czyszczenia butów, a nigdzie nie ma nawet kranika z wodą pitną. Stacje są często jedynym przejawem współczesnych czasów w nowozelandzkiej dziczy. No może poza pułapkami na oposy, które ku mojemu przerażeniu, rozmieszcza się na drzewach wyjątkowo hojnie.

Wracając jednak do naszej trasy, to już niedługo znaleźliśmy się pod znakiem, według którego szlak był zamknięty. Ktoś dopisał pod spodem markerem: „Only if you want it to be …”, ale stanęliśmy przed dylematem, co robić.

Gdybyśmy zawrócili, to musielibyśmy dojść z powrotem do autostrady, a taka opcja nie bardzo nam odpowiadała. Uznaliśmy, że zaryzykujemy i pójdziemy dalej.

W którymś momencie znaleźliśmy też znak, z którego wynikało, że jeśli widzimy przejście przez strumień, to możemy iść dalej, a jeśli nie, to powinniśmy zawrócić. Przejście było widoczne, więc poszliśmy.

Prawdziwe problemy zaczęły się jednak w momencie, gdy doszliśmy do kolejnego, znacznie większego strumienia.

Początkowo sądziliśmy, że mamy go jedynie przekroczyć (co nie wydawało się trudnym zadaniem), a po drugiej stronie będzie ścieżka przez las.

Nic bardziej błędnego!

Znaleźliśmy znak na drzewie przy przeciwnym brzegu, ale kolejnego już znaleźć nie mogliśmy i zupełnie nie wiedzieliśmy gdzie iść. Do lasu wejść się nie dało, gdyż był wyjątkowo gęsty i nie widzieliśmy niczego, co chociaż przypominałoby ścieżkę.

Kręciliśmy się po tym strumieniu, szukaliśmy znaków, przechodziliśmy z jednego brzegu na drugi … i nic!

Moim zdaniem było to niedorzeczne i na tym etapie chciałam zawracać, ale Kasper uparł się, żeby iść dalej. Powiedział, że według mapy szlak idzie strumieniem, więc najwyraźniej mamy iść strumieniem.

Ostatecznie szliśmy korytem strumienia przez ok. 3 kilometry! Z początku co chwilę zdejmowałam i zakładałam buty, ale z czasem przestało to mieć sens. W niektórych miejscach było zbyt głęboko, poza tym chodzenie boso po kamieniach do przyjemności nie należy. W pewnym momencie po prostu się poddałam i zupełnie zamoczyłam buty. Było mi już wszystko jedno.

Po trzech kilometrach, nagle stanęliśmy na kamienistym cypelku, a dalej była rzeczka. Dużo większa i głębsza rzeczka!

Nie było mowy, żeby ją przejść. Kryło nas tam na pewno, więc musielibyśmy płynąć wpław, a z plecakami oczywiście nie było jak.

Znaleźliśmy jakąś wąską, mocno zarośniętą ścieżkę wiodącą zboczem równoległym do rzeki. Były tam nawet znaki, ale jakoś dziwnie usytuowane i też zdawały się prowadzić donikąd, a właściwie do wody …

W końcu wykminiliśmy, że powinniśmy przedostać się na drugi brzeg. Na szczęście udało nam się znaleźć płytki fragment i przedostaliśmy się na kamienistą wyspę, tudzież coś przypominającego wyspę.

A tam, z zarośli nad wodą, nagle wyszła … Corneli! Nasza australijska koleżanka. W samej bieliźnie.

Okazało się, że też miała zagwozdkę ze szlakiem i nawet próbowała przepłynąć rzekę!

Mam dla niej naprawdę sporo podziwu. Chyba jednak nie chciałabym się znaleźć na tym szlaku sama. Zgubić się we dwójkę to jednak zupełnie co innego. Podobnie jak pokonywanie tych odludnych lasów, chodzenie korytem strumienia, czy też samotne spanie na pustych polach namiotowych lub w lasach. We dwójkę zawsze raźniej i przede wszystkim bezpieczniej.

W każdym razie, teraz będąc już w trójkę, szybko znaleźliśmy szlak, który wchodził z powrotem do lasu i nim podążyliśmy.

Corneli narzucała szybkie tempo, a szlak do najłatwiejszych nie należał. Wiódł wąską, błotnistą, śliską ścieżką, na której dodatkowo pojawiały się przeszkody takie jak pnie, wystające korzenie, wyrwy. Oprócz tego, prowadził nad przepaścią, więc był dość niebezpieczny i trzeba było uważnie stawiać kroki.

Znaki nie napawały optymizmem, gdyż według nich pokonanie 4 kilometrów miało nam zająć dwie godziny, a na kemping, do którego chcieliśmy dotrzeć, było 12 kilometrów i mieliśmy iść pięć godzin!

Szliśmy, szliśmy i nie było końca, a w pewnym momencie zaczęło się ściemniać i stało się dla nas jasne, że na kemping na pewno nie dojdziemy. Nie pozostawało zatem nic innego, jak tylko znaleźć w miarę dogodne miejsce gdzieś pomiędzy drzewami i rozbić się nielegalnie.

Tak też zrobiliśmy, chociaż znalezienie w tej gęstwinie terenu pasującego pod dwa namioty, nie było wcale łatwe.

Puketi Campsite.

O dziwo noc minęła nam przyjemnie. Mnie po raz pierwszy od początku pobytu na szlaku (poza pierwszą nocą spędzoną w namiocie, w pobliżu Cape Reinga) nie było zimno! Być może było to spowodowane właśnie osłoną z drzew.

Pobudka była o poranku, gdyż postanowiliśmy kontynuować szlak we trójkę, a Corneli wstawała wcześnie.

Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i już ok. 7:40 ruszyliśmy w drogę.

Szło nam się dobrze i dość przyjemnie, gdyż dalej ścieżka była już normalna. Nie było niebezpiecznych fragmentów, a w pewnym momencie doszliśmy do drogi. Tempo też mieliśmy nie najgorsze, ale dotarcie do kempingu i tak zajęło nam ok. czterech godzin.

Puketi Campsite był dobrze wyposażony, więc mogliśmy skorzystać z toalety, a co najważniejsze, umyć ręce i zęby, co dla mnie było szczególnie ważne. Od razu lepiej się poczułam.

Planowaliśmy odpocząć, coś przekąsić, a może nawet wziąć prysznic, ale tego samego dnia chcieliśmy dotrzeć do Kerikeri i zostać tam na święta (był 23 grudnia).

Plan uległ nagłemu przyspieszeniu, gdy spontanicznie zatrzymałam samochód, który właśnie opuszczał kemping, a podróżujący nim, przemili ludzie, chętnie zgodzili się nas kawałek podwieźć.

Kerikeri.

Chwilę później byliśmy już w samochodzie i jechaliśmy w stronę Kerikeri.

Wysiedliśmy pod małą piekarnią, gdzie po raz pierwszy od wielu dni mogliśmy kupić kawę z prawdziwego zdarzenia. Smakowała znakomicie!

A ze złapaniem kolejnej podwózki, już do samego Kerikeri i to w dodatku na parking przed kempingiem, na którym postanowiliśmy się zatrzymać (Kerikeri Holiday Park & Motels), oczywiście też nie było problemu.

Na święta postanowiliśmy zaszaleć i zamiast miejsca pod namiot, wzięliśmy cały domek! Na trzy noce!

Cóż to był za luksus i wygoda!

Poza tym, że domek był bardzo dobrze wyposażony i miał lodówkę oraz taras, na kempingu była też ogromna kuchnia, grill, pralnia, prysznice itp.

A do ogromnego supermarketu Countdown, mieliśmy zaledwie kilkaset metrów.

Wigilia.

Następnego dnia zjedliśmy wigilię w naszym skromnym, trzyosobowym gronie.

Była to wigilia inna niż wszystkie i to pod wieloma względami.

Dla Kaspra i mnie były to już piąte święta Bożego Narodzenia z rzędu, które spędzaliśmy poza Polską i bez naszych rodzin. Poprzednie cztery obchodziliśmy w Chinach i oczywiście wszystkie były wyjątkowe, ale tym razem inności było jeszcze więcej.

Pierwszy raz mieliśmy okazję jeść wigilię na zewnątrz, jako że byliśmy na półkuli południowej, gdzie w grudniu jest ciepło!

Pierwszy raz spędzaliśmy wigilię i całe święta w podróży. W dodatku zatrzymaliśmy się na kempingu!

Pierwszy raz mieliśmy na stole tyle warzyw i owoców oraz Fantę o smaku kiwi i truskawki.

Z pewnością nie była to tradycyjna wigilia, ale cieszyliśmy się, że mieliśmy z kim ją spędzić i co zjeść, a nad naszymi głowami był dach, a nie namiot.

Boże Narodzenie.

Następnego dnia przyjechał Julian (chłopak, który wiózł nas kawałek podczas wyprawy z Auckland na Cape Reinga i którego rodzice zaprosili nas na święta) i zabrał nas na farmę, gdzie poznaliśmy jego rodzinę, która zajmuje się krowami.

Wkrótce okazało się, że przewidziano dla nas różne atrakcje i po lunchu pojechaliśmy na pastwisko (gdzie zaganialiśmy zwierzęta samochodem), a także do dojarni.

Zostałam namówiona, aby wejść pomiędzy dwa rzędy krów i założyć jednej z nich te takie przyssawki do dojenia. Miałam sporo oporów i trochę się bałam, gdyż krowy stały tyłem i to właśnie w to miejsce leciały co chwilę wszelkie nieczystości, ale udało się. A teraz mam za sobą nowe doświadczenie. Wydoiłam krowę!

Dostaliśmy też mleko do picia, prosto ze zbiornika.

Po powrocie do domu, był natomiast uroczysty obiad z masą jedzenia oraz Christmas crackers (stąd ta korona na mojej głowie).

Jako ciekawostkę dodam, że mięso z grilla i inne potrawy zajmowały cały stolik, z którego brało się jedzenie na talerze i szło do większego stołu, gdzie wszyscy siedzieli. Później ten sam stolik został w całości pokryty deserami! Czyli słodkości było tak samo dużo, jak pozostałego jedzenia!

Wyluzowani Nowozelandczycy.

Podsumowując, zupełnie obcy ludzie zaprosili nas na święta, ugościli, uraczyli rozmową i obdarowali jedzeniem, a nawet drobnymi prezentami (ręczniczkami z nowozelandzkim symbolem – paprocią i porcelanowymi figurkami ptaków kiwi). Tak po prostu.

Czyż nie jest to niesamowite?!

Nowozelandczycy to naprawdę otwarci, przyjaźni i bardzo pomocni ludzie, a ta rodzina Kiwi jest na to znakomitym przykładem. Między innymi dlatego miesiąc, który spędziliśmy w tym kraju, wspominamy tak dobrze.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*