Alaminos – Hundred Islands.

To, że trafiliśmy do Alaminos, to spory przypadek. Jeszcze na dzień przed przyjazdem, nie wiedzieliśmy, że takie miejsce w ogóle istnieje. Z niewiedzy wyprowadził nas dopiero Polak, spotkany przypadkiem w naszym hotelu w Sagadzie.

Jako że nie mieliśmy żadnego konkretnego planu na najbliższe dni, wieść o archipelagu stu wysp, rozbudziła nasze zmysły. Szybko i bez zbędnych przemyśleń, podjęliśmy decyzję, że udamy się właśnie tam.

Pierwszym etapem była podróż do Baguio, gdzie musieliśmy zmienić zarówno autobus jak i dworzec. Mianowicie autobusy do Alaminos odjeżdżają z terminala Victory Liner.

Podróż ponownie zajęła nam mnóstwo czasu i gdy znaleźliśmy się na miejscu, powoli już się ściemniało. Samo miasto Alaminos jest w dodatku dość daleko od morza, wiec aby dostać się w jego pobliże, trzeba jeszcze skorzystać z tricycle’a.

Na miejscu znajduje się mało pomocne centrum informacji turystycznej i sporo hoteli z mocno zawyżonymi cenami. Na szczęście w jednym z nich mieli tani pokój, który był przeznaczony dla czterech osób. Dostaliśmy go na wyłączność, za bardzo przystępną cenę.

To, na co decyduje się większość turystów, to wynajem łódki, razem z jej właścicielem i całodniowe pływanie pomiędzy wysepkami. Tak zrobiliśmy i my. Zamiast korzystać z usług centrum turystycznego, wybraliśmy pana z hostelu i umówiliśmy się na wczesny poranek następnego dnia.

Rano zdarzyło się to, co nigdy nam się nie zdarza, a mianowicie zaspaliśmy. Telefon akurat tego dnia postanowił nas nie obudzić.

Na szczęście słonce i tak dopiero wschodziło, więc czym prędzej się zebraliśmy i niedługo później weszliśmy na pokład bardzo ciekawej łódki. Nigdy wcześniej taką nie pływałam. Była bardzo wąska, ale po obu stronach miała specjalne płozy, dzięki czemu utrzymywała się na wodzie. Pływało się dobrze, gdyż zbytnio nie bujało.

Natomiast pora, na jaka trafiliśmy płynąc na pierwszą wyspę, okazała się wręcz idealna. Słońce było jeszcze bardzo nisko, więc na wodę i wyspy padała wspaniała poświata. Było wręcz magicznie. Myślę, że nasz kapitan ma naprawdę fajną pracę, codziennie wypływa w morze i podziwia ten cudny spektakl przyrody. W dodatku całkiem nieźle na tym zarabia.

Odwiedzone wyspy.

Pierwsza wyspa, na którą zostajemy zabrani, nazywa się Governor’s Island. Po schodkach wychodzimy na taras widokowy, z którego rozpościera się przepiękny widok na wyspy. Niektóre z nich są naprawdę maleńkie i nawet nie można na nie wchodzić. Ledwie wystają spod powierzchni wody. Co ciekawe, niektóre mają tak jakby skalną podstawę, a właściwa powierzchnia jest szersza i zaczyna się nad wodą. Wyglądają przez to jak osobliwe, zielone grzyby.

Poza pięknymi widokami, na szczycie wzgórza możemy podziwiać pomnik Józefa, a na innej wyspie dostrzegamy znacznie większą statuę, która prawdopodobnie przedstawia Jezusa.

Gdy jesteśmy już nacieszeni widokami, schodzimy z powrotem na dół i przechodzimy na sąsiednią wyspę prowizorycznym mostkiem z plastikowych pojemników. Tam odnajdujemy przepiękną plażę, na której jesteśmy zupełnie sami. Lokujemy się pod skalną ścianą, tuż przy brzegu. Kasper praktycznie nie wychodzi z wody, a ja cieszę się, że wreszcie jesteśmy nad morzem. Bardzo mi tego brakowało. Zajadamy się też tuńczykiem z puszki, który smakuje bosko i znajdujemy pierwsze ciekawe muszelki.

Druga wyspa, na którą zabiera nas kapitan łódki i jego młody podopieczny, to Quezon Island. Tam wypożyczamy maskę do snorkelingu, gdyż okulary do pływania, które kupiliśmy poprzedniego wieczora, są beznadziejne i jedna para psuje się przy pierwszym użyciu. Teraz Kasper już w ogóle nie wychodzi z wody, tak mu się spodobało obserwowanie morskich żyjątek.

Na kolejnej wyspie, aby dostać się nad wodę, najpierw trzeba przejść przez skalną grotę. Natomiast do morza, można albo wskoczyć z drewnianej platformy, albo zejść po drabince.

Czwarty i zarazem ostatni przystanek, mamy na Mayors Island i ta wyspa podoba nam się najbardziej. Wokół jest mnóstwo mniejszych wysepek, które tworzą wspaniały krajobraz.

Podsumowanie.

Dla obojga z nas jest to pierwszy raz w tego typu miejscu. Nigdy nie widzieliśmy tak wielu wysp w jednym miejscu i naprawdę robi to na nas wrażenie. Przyroda naprawdę jest niepowtarzalna i tak często nas zaskakuje. Częściej niż moglibyśmy się spodziewać.

Plaże archipelagu Hundred Islands na pewno nie są najpiękniejsze na Filipinach, a w wodzie jest mnóstwo kamieni, ale całe to otoczenie, te piękne skały i ich kolory, ta przyroda i łódki na wodzie, sprawiają, że chyba nikt nie pozostanie obojętny na ich urok.

Innych odwiedzających było naprawdę mało, więc nie mieliśmy też poczucia, że jesteśmy tylko częścią wielkiej, turystycznej machiny. Odnaleźliśmy tam spokój, ciszę, piękną przyrodę, którą mogliśmy się cieszyć w samotności i bardzo specyficzną atmosferę.

Z całą pewnością jest to miejsce godne polecenia.

Wieczory nad morzem.

O ile na plażach brak innych turystów cieszy, to w miasteczku trochę brakowało nam towarzystwa. Nieco inaczej wyobrażaliśmy sobie wieczory w filipińskich kurortach.

Może byliśmy w Alaminos jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, a może po prostu większość ludzi udaje się na inne, bardziej popularne wyspy. W każdym razie, okolica zdawała się być trochę opuszczona, a infrastruktura jeszcze nie do końca rozbudowana. Przy centrum turystycznym jest ogromny parking, ale tylko pogłębia poczucie pustki. Widzieliśmy jakieś bary, ale świeciły pustkami i raczej nie zachęcały do odwiedzin. Młodych ludzi nie było właściwie wcale. Jedyną znajomość zawarliśmy z bardzo dziwną trójką Amerykanów, w mocno zaawansowanym wieku i ich dużo młodszą, filipińską towarzyszką.

Z braku innych opcji, wieczory spędzamy zatem pod sklepem. Dosłownie. Jest taki jeden, niedaleko od morza, ze stolikami na zewnątrz i z bardzo zadowalającym asortymentem. Kupujemy małe pizze odgrzewane w mikrofalówce, które smakują wyśmienicie oraz ogromne, litrowe piwa Red Horse i od razu brak innych ludzi przestaje nam przeszkadzać. W taki sposób spędzamy oba nasze wieczory w Alaminos i bynajmniej nie narzekamy. Jest naprawdę fajnie.

Poparzenia słoneczne.

Jak już wcześniej wspominałam, nasza wycieczka pomiędzy wyspami skończyła się poważnymi oparzeniami słonecznymi. Kasper miał poparzone całe plecy i ręce, a ja nogi.

Miałam dużo szczęścia, bo na Filipiny wybrałam się bez stroju kąpielowego. Próbowałam kupić go dzień przed wypłynięciem, ale żadne stoisko nie sprzedawało nic, co ja rozumiem przez strój kąpielowy i większość Europejek na pewno by się ze mną zgodziło. Jedyne co było dostępne, to sportowe koszulki z długimi rękawami i spodenki do kompletu. Następnego dnia przyszło nam się przekonać, że w takim właśnie stroju, pływają Filipińczycy i muszę przyznać, że mądrze robią nie wystawiając skóry na słońce. Tylko dzięki tej koszulce moje plecy przeżyły. Nogi niestety nie miały tyle szczęścia, gdyż nieuważnie wystawiłam je na słońce. Wcale nie było gorąco, w dodatku wydawało mi się, że słońce przez większość czasu jest za chmurami. Tak oczywiście nie było i później przez kilka dni prawie w ogóle nie mogłam chodzić. Kasper nie mógł natomiast leżeć. W związku z tym, doszliśmy do wniosku, że od tej pory, na plażach będziemy pojawiać się w pełnym stroju. Teraz już wiemy, że burkini to wcale nie głupia opcja.

A tak na marginesie dodam jeszcze, że na Filipiny lepiej udać się z własnym kremem z filtrem, gdyż na miejscu nie wszędzie go znajdziemy.

2 Comments Posted

  1. Zazdrościmy, zazdrościmy, bynajmniej nie tego poparzenia, ale tych pięknych widoków,przyrody, ciszy,spokoju, „innego świata”, wyjątkowego wypoczynku…Zbiór wspaniałych chwil na zawsze. Muszelki oczywiście przyjadą do Polski 🙂 ?

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*