33 godziny w podróży, czyli jak dojechaliśmy z Gili Trawangan na Flores publicznym transportem.

Data wizyty: 25-26.11.2019.

Wyspy Gili znajdują się u wybrzeża wyspy Lombok. Aby dostać się na Flores, można udać się w kilkudniowy rejs, polecieć samolotem z Bali albo Lombok (ale w tym przypadku, trzeba oczywiście najpierw dostać się na daną wyspę i lotnisko) lub wybrać transport publiczny, tak jak zrobiliśmy to my. Jeśli wybierzemy ostatnią opcję, należy liczyć się z trzema przeprawami morskimi i wielogodzinną jazdą autobusami przez wyspę Lombok i Sumbawę.

Początkowo zastanawialiśmy się nad rejsem, gdyż po drodze jest dużo przystanków i można zobaczyć sporo fajnych miejsc (a przynajmniej tak wynika z informacji pozyskiwanych w biurach podróży).

Niestety, rejsy mają swoją ciemną stronę i chociaż nie mogę podzielić się żadnymi informacjami z pierwszej ręki, to to co usłyszeliśmy od innych osób, a także wyczytaliśmy w Internecie, wystarczyło, abyśmy szybko i raz na zawsze, pożegnali się z tym pomysłem.

Dlatego też, został nam transport publiczny. Jako że oboje nie przepadamy za spędzaniem wielu godzin na chwiejnych łódkach, to z początku nawet cieszyliśmy się na tą opcję.

Teraz jesteśmy już po i jakoś to przeżyliśmy, więc generalnie nie żałujemy. Podróż była jednak zadziwiająco długa, bardzo męcząca i w okropnym syfie. Pod koniec już prawie odchodziliśmy od zmysłów i z ogromną niecierpliwością wyczekiwaliśmy końca, który długo, długo nie nadchodził.

Zacznijmy jednak od początku.

Bilet.

Byliśmy miło zaskoczeni, gdy okazało się, że biura podróży organizują cały przejazd i nie musimy na własną rękę przedostawać się z jednego miejsca w drugie. Biorąc pod uwagę jak wygląda transport publiczny w Indonezji i to, że teraz już wiemy, w jakich dziurach były nasze przesiadki, wydaje mi się, że samodzielna jazda, kupowanie wszystkich biletów i w ogóle ogarnianie tego co się wokół nas dzieje, byłoby uciążliwym zajęciem.

Agencje turystyczne miały natomiast wystawione tablice, na których widniały ceny za poszczególne destynacje i nasza – Labuan Bajo – była wyceniona na 500 000 Rp. Nawet się nie targowaliśmy, co być może było błędem, ale naprawdę rzadko się zdarza, żeby za coś była z góry ustalona cena, która w dodatku, zdaje się być dość rozsądna.

Pan, który sprzedał nam bilety, powiedział, że podróż zajmie 22 – 24 godziny, ale niestety zapomniał wspomnieć, że liczy się to od 3-ciej po południu, kiedy wsiadamy do autobusu (co i tak zajęło 26 godzin), a nie od rana, kiedy weszliśmy na pierwszą łódkę. Była to jedna z niemiłych niespodzianek, gdyż podróż okazała się znacznie dłuższa, niż się spodziewaliśmy.

Łódka na Lombok.

Pierwszym etapem było dopłynięcie z Gili Trawangan na Lombok, co okazało się dość szybkie i sprawne. Łódka miała być o 7:45, ale wypłynęliśmy wcześniej, a cała podróż trwała jakieś 20 – 30 minut. Nie miałam też wrażenia, że łódź jest przeładowana.

Na miejscu szybko znalazł nas jakiś koleś i zaprowadził do kawiarni, w której znajduje się biuro naszej agencji. Tam dowiedzieliśmy się, że dalej pojedziemy o 9:45, więc mieliśmy mnóstwo czasu. W związku z tym, poszliśmy na śniadanie.

Van.

Transport pojawił się przed czasem (drugi raz z rzędu, co nie ukrywam, dość mocno mnie zaskoczyło) i był to van. Siedzieliśmy jak sardynki, bo zapakowali więcej ludzi, niż było miejsc, ale na szczęście niektórzy wysiedli wcześniej.

Po ponad godzinie, wysadzili nas (tylko nas dwoje) na ulicy i powiedzieli, że ktoś inny nas stamtąd zabierze. Był tam jakiś koleś, ale powiedział, że auto przyjedzie dopiero o 12-tej, więc znów mieliśmy ponad godzinę wolnego czasu i żadnego miejsca w okolicy, w które można by się udać. Wylądowaliśmy nad syfnym kanałem bez wody, do którego co chwilę ktoś coś wlewał albo wyrzucał śmieci. Po drugiej stronie ulicy było jeszcze więcej śmieci i oczywiście się paliły, więc w powietrzu unosił się zapach plastiku.

Taxi.

Około 12-tej wrócił ten sam koleś i powiedział, że nie ma kto nas odebrać, więc musimy wziąć taksówkę na dworzec i że to tylko 40 000 Rp. Stanowczo odmówiliśmy dodatkowej opłaty, co nie spodobało się naszemu rozmówcy, ale po chwili zgodził się za nas zapłacić.

My wsiedliśmy do taksówki, a on pojechał za nami na motorku. Spotkaliśmy go na miejscu i faktycznie zapłacił za nasz przejazd.

Następnie, na betonie na płycie dworca, wypisał nam nowy bilet, już na prawdziwy autobus i w ogóle na cały przejazd. Okazało się wtedy, że dostaniemy też kolację, co było kolejnym zaskoczeniem. Bilet autobusowy obejmujący wyżywienie? Tego jeszcze nie było.

Autobus.

Autobus, z którego mieliśmy już podobno nie wysiadać do końca (poza pobytami na promach) miał odjechać o 15-tej, ale tym razem mieliśmy małe opóźnienie. Na szczęście tylko ok. kilkanaście minut.

Dłuższą chwilę zajęło nam między innymi stanie przy bramie wyjazdowej z dworca. Nie wiem czy trzeba było dopełnić jakichś formalności, czy też powód był inny, ale lokalesi wiedzieli jak wykorzystać ten czas. Mianowicie, do naszego autobusu wsiadł koleś i zaczął nam grać na gitarze, a inny zbierał pieniądze.

Co do narodowości pasażerów, to okazało się, że jedzie nas szóstka obcokrajowców: dwie dziewczyny (Niemka i Szwedka), jakaś para i my. Całą resztę stanowili Indonezyjczycy, którzy byli dość irytujący, a zwłaszcza spora grupa młodych chłopaków, która siedziała za nami. Najpierw zabrali nasze miejsca i udawali, że nie mówią po angielsku. Jak kierowca kazał im się przesiąść, to nagle zrobili się bardzo rozmowni i mili, ale za chwilę znów mnie wkurzyli, bo zaczęli mi robić po kryjomu zdjęcia. Oprócz tego, zawalili cały tył autobusu przeróżnymi bagażami i gratami, a jak wysiadali to zabrali ze sobą plecak Szwedki. Być może przez przypadek, ale szczerze mówiąc, nie chce mi się w to wierzyć. Myślę, że zrobili to z premedytacją.

W każdym razie, dziewczyna straciła wszystkie swoje ciuchy i ładowarki. Na szczęście najważniejsze rzeczy miała przy sobie.

Prom z Lombok na Sumbawę.

Do portu dojechaliśmy jeszcze zanim się ściemniło.

Myśleliśmy, że na prom wjedziemy autobusem, gdyż nie zostaliśmy z niego wypuszczeni. Otworzono tylko drzwi, przez które do środka wlały się tłumy sprzedawców.

Wyglądało to niedorzecznie, gdyż było ich naprawdę mnóstwo. Nagle zrobił nam się w autobusie targ. Niektórzy sprzedawali te same produkty. Doświadczyliśmy też kolejnego koncertu, tym razem w wykonaniu dzieciaków.

Natomiast po dłuższej chwili, gdy wszelkie transakcje zostały już dobite, nagle okazało się, że wszyscy wysiadamy i idziemy na prom na nogach.

Czy nie można było nas od razu wypuścić? Czy nie łatwiej byłoby kupić jedzenie od sprzedawców na zewnątrz?

No nic, poszliśmy na prom, znaleźliśmy sobie miejsca i kontynuowaliśmy odmawianie kupna kolejnych oferowanych nam produktów.

Oprócz tego, zaraz się okazało, że siedzący koło mnie koleś jest „legalnym” przewodnikiem i chętnie zabierze nas na Komodo. Możemy z nim iść zaraz po dobiciu do portu. Szkoda tylko, że nie wiedział ile kosztuje taka wycieczka i dopiero musiałby zapytać szefa.

Kiepsko mu z nami poszło, ale nie stracił nadziei. Wkrótce obskoczył wszystkich innych obcokrajowców.

Sama podróż promem nie była zbyt uciążliwa. Przede wszystkim nie była zbyt długa. Myślę, że trwała mniej niż dwie godziny, ale nie sprawdziłam czasu, więc nie mam pewności.

Trochę bujało, co było dla mnie zaskakujące, biorąc pod uwagę rozmiar promu.

Gdy dobiliśmy do portu, pokierowano nas na dolny pokład i musieliśmy wsiąść do autobusu, którym opuściliśmy statek i pojechaliśmy dalej.

Gdy wsiadaliśmy, okazało się, że w środku trwa impreza. Grała głośna muzyka, a pod sufitem przemykały kolorowe światła. Wtedy zauważyłam też, że w jednym miejscu jest doczepiona do sufitu dyskotekowa kula.

Całonocna jazda przez Sumbawę.

Sumbawa to ogromna wyspa i dlatego jechaliśmy przez nią całą noc. Na szczęście jechało się dość przyjemnie (pomimo zawrotnej prędkości) i nawet udało nam się trochę pospać.

W którymś momencie zrobiono nam postój i okazało się, że jest to czas na nasz darmowy posiłek.

Szło się do małego bufetu, gdzie nakładało się ryż i dodatki. Każdy dostawał też zapakowaną w kubeczek wodę. O dziwo, jedzenie było całkiem zjadliwe.

Szkoda tylko, że ludzie zostawiali po sobie straszny syf na stołach. Wszędzie walały się tacki i śmieci.

Co ciekawe, jedzenie dostaliśmy za darmo, ale za toaletę trzeba było już zapłacić.

Przesiadka do busa.

Było jeszcze ciemno, gdy nasz autobus nagle się zatrzymał i okazało się, że mamy przesiadkę, o której nikt nam oczywiście nie wspominał.

Wtedy też Szwedka odkryła, że nie ma jej plecaka, co strasznie ją zdołowało, gdyż coś takiego przydarzyło się jej już po raz czwarty, czy piąty.

Rozmawiała z policją, czy też jakimiś strażnikami, ale szybko się okazało, że raczej nic z tym nie zrobią.

Prom z Sumbawy na Flores.

Przejażdżka lokalnym busem nie była zbyt długa, ale jak dojechaliśmy do portu, to było już jasno.

Usłyszeliśmy kilka wersji dotyczących godziny wypłynięcia i każda kolejna odsuwała ten moment w czasie.

Na szczęście dość szybko wpuszczono nas na prom i mogliśmy się rozłożyć na dość wygodnych fotelach.

Ostatecznie wypłynęliśmy bodajże po 10-tej, czyli po blisko czterech godzinach czekania. Byliśmy już wtedy wymęczeni na maksa, a ten stan z czasem tylko się pogarszał.

Prom był okropny! Płynął żółwim tempem, panował na nim zaduch, a toalety wyglądały tak koszmarnie, że strach było do nich wchodzić. O tym, że nie było ani mydła, ani papieru, to chyba nie muszę wspominać. Najgorsze jednak, że nie było też spłuczki, tylko baniak z wodą i naczynie do polewania. Oznacza to, że każdy dotykał tego naczynia i wkładał rękę do tej samej wody. Ja skorzystałam z toalety tylko na samym początku, później już nie odważyłam się wejść do środka. Jedno spojrzenie na podłogę wystarczyło, żebym więcej nie zbliżyła się do tego miejsca.

Natomiast na fotelach za nami rozsiadły się trzy głośne baby, które w dodatku cały czas opierały swoje brudne, gołe nogi na naszych oparciach.

Ostatnie godziny były nie do wytrzymania. Już nie wiedzieliśmy co mamy ze sobą robić. Moje nogi były spuchnięte, a nawet nie było się gdzie przejść. Na górnym pokładzie nie było zadaszenia, więc można było tylko stać w pełnym słońcu. Natomiast na naszym pokładzie z czasem zrobił się syf. Oprócz tego, dużo ludzi paliło, co w połączeniu z ogólnym zaduchem, sprawiało, że ciężko było oddychać.

Na szczęście w pewnym momencie rozgadaliśmy się ze Szwedką i Niemką i dzięki temu ostatnie dwie godziny jakoś minęły. One były tak samo zmęczone jak my i wszyscy zgodnie uznaliśmy, że nie ma szans na powrót tą samą drogą. Żadne z nas nie chciało nawet myśleć o powtarzaniu tego doświadczenia.

Do portu zabiliśmy po 6 – 7 godzinach od wypłynięcia, co w połączeniu ze wszystkimi innymi środkami transportu, z których skorzystaliśmy oraz godzinami oczekiwań, dało nam ok. 33 godziny spędzone w podróży.

Powrót samolotem.

Początkowo planowaliśmy, że wracać będziemy tą samą drogą, tylko zatrzymamy się w kilku miejscach po drodze, żeby zobaczyć Sumbawę i Lombok.

W zaistniałej sytuacji, zmuszeni byliśmy zrezygnować z tego pomysłu (co zresztą, po tych wszystkich rozczarowaniach związanych z podróżowaniem po Indonezji, nie przyszło nam ze szczególnie ciężkim sercem) i wracać samolotem na Bali.

Za bilety lotnicze zapłaciliśmy dużo mniej niż za tą fascynującą podróż, a na miejscu byliśmy w godzinę.

Żałowaliśmy tylko, że musimy wracać na Bali, które też przecież nie przypadło nam do gustu.

A czemu nie polecieliśmy na Lombok? Otóż bilety na Lombok były blisko trzy razy droższe niż te na Bali, pomimo tego, że wyspa ta znajduje się bliżej Flores.

Ach, ta Indonezja …

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*