Halloween, Tokyo

10 dni w Tokyo, część II.

Data wizyty: 25.10-03.11.2019.

Kameido Tenjin Shrine.

Kameido Tenjin Shrine to świątynia usytuowana z dala od turystycznego zgiełku i chyba rzadko odwiedzana przez przyjezdnych. Podczas naszej wizyty, było tam zaledwie kilka osób.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego, gdyż moim zdaniem jest to piękne miejsce, niesamowicie klimatyczne i my bardzo przyjemnie spędziliśmy tam czas.

Już sam budynek jest bardzo urokliwy, a gdy dodamy do tego mostek nad stawem, w którym pływają żółwie i karpie, zielone zaułki i wystawę kwiatów i drzewek bonsai, to otrzymamy cudne miejsce, z pewnością warte odwiedzin.

Meiji Jingu (Meiji Shrine).

W dalszej kolejności udajemy się do Meiji Shrine, punktu na mapie Tokyo, którego absolutnie nie można ominąć. Nie tylko jest to jedna z ważniejszych świątyń w mieście, ale również miejsce corocznych celebracji, które pozwolą nam bliżej zaznajomić się z japońską kulturą.

Mieliśmy niesamowite szczęście, gdyż właśnie podczas naszej wizyty w tym miejscu, okazało się, że najbliższe celebracje zaczynają się zaledwie dwa dni później!

Do tego jednak wrócę za chwilę, a tymczasem odrobina historii na podstawie tego, co wyczytaliśmy z folderu informacyjnego.

Otóż w erze Meiji (1868 – 1912) Japonia rozkwitła pod łagodnymi rządami cesarza Meiji, który promulgował Konstytucję Meiji, promował przyjaźń z zagranicą i rozwijał naród we wszystkich dziedzinach kultury. Był to jeden z najwspanialszych i najbogatszych okresów w całej 2 000 – letniej historii Japonii oraz okres, w którym położono podwaliny pod nowoczesną Japonię. To cesarz Meiji, jako przywódca tego barwnego okresu, z całego serca poświęcił się zwiększaniu dobrobytu i pokoju.

W rezultacie, był uważany za naprawdę wielkiego cesarza nie tylko przez Japończyków, ale także obcokrajowców.

Cesarzowa Shoken asystowała cesarzowi za kulisami i była wychwalana jako model współczesnej Japonki.

Po śmierci cesarza w 1912 roku, a następnie cesarzowej w 1914 roku, powstał ruch pragnący upamiętnić ich życie poprzez budowę sanktuarium.

Meiji Jingu został ukończony w 1920 r., ale spłonął w pożarach podczas II wojny światowej. Obecny wygląd jest rezultatem rekonstrukcji z 1958 r.

Dary od przedsiębiorców.

Zmierzając do zabudowań świątynnych, po drodze miniemy dwa rzędy pięknych beczek sake, które zostały podarowane przez wytwórców tego trunku. Są przepięknie zapakowane i naprawdę robią wrażenie.

Natomiast bliżej samej świątyni, znajdziemy stoły zastawione innymi produktami podarowanymi przez japońskich przedsiębiorców, którzy mają nadzieję, że w ten sposób zapewnią sobie dalszy rozkwit swoich biznesów. Tego roku przed celebracjami, aż ok. 400 firm złożyło podarki.

Aki – no – Taisai (Autumn Grand Festival).

Cesarz Meiji urodził się 3 listopada 1852 r. i dlatego Autumn Grand Festival odbywa się w Meiji Jingu corocznie w dniach 1 – 3 listopada. Tradycja trwa już od 1920 r.

Mają wtedy miejsce różne ceremonialne rytuały, a także pokazy tradycyjnych sztuk.

My postanowiliśmy, że wykorzystamy ten czas jak najlepiej i przychodziliśmy do Meiji Jingu codziennie podczas trwania festiwalu. Dzięki temu widzieliśmy naprawdę sporo, z czego przede wszystkim należy wyróżnić zadziwiające formy teatralne i pokazy sportowe. Te ostatnie odbywały się 3 – ego listopada, czyli tuż przed naszym wylotem. Na miejsce musieliśmy przyjść z całym naszym bagażem. Udało nam się jednak zobaczyć bardzo fajny pokaz Aikido (dla mnie o tyle ciekawy, że sama trenowałam tę sztukę walki przez dwa lata), a także strzelanie z łuku podczas bardzo szybkiej jazdy na koniu. W dodatku w pięknych, tradycyjnych strojach.

Sztuki teatralne też były warte uwagi, ale z nieco innych względów. Być może wykażę się teraz niewrażliwością, ale były tak niesamowicie nudne, że aż interesujące.

Podczas jednej z nich mieliśmy okazję zająć bardzo dobre miejsca, niemal przy samej scenie, w środku świątyni. Wtedy też jeden z muzyków zaczął walić w bęben i wydawać bardzo jednostajny odgłos, a w dodatku trwało to zadziwiająco długo. Wtedy nie wytrzymałam i popłakałam się ze śmiechu. Bardzo cicho, więc sceny nie zrobiłam, ale długo nie mogłam się uspokoić. To było po prostu za dużo. Cały czas myślałam jak niedorzeczne jest to, że tyle osób w uwadze, skupieniu i z taką powagą na twarzach, przygląda się kolesiowi, który huczy jak sowa.

Najgorsze było to, że nie miałam absolutnie żadnej drogi ucieczki i musiałam wysiedzieć do końca.

No cóż, pomimo tego, że te formy teatralne okazały się cechować absolutnie kompletnym brakiem jakiejkolwiek akcji, cieszę się, że miałam okazje je zobaczyć. To zawsze dodatkowy kawałek układanki, jaką jest japońska kultura, a takiego doświadczenia przecenić się nie da.

Poza tym, aktorzy mieli przepiękne stroje.

teamLab, czyli fascynujące doznania cyfrowe.

W między czasie zaliczyliśmy jeszcze kilka innych atrakcji Tokyo, w tym niebywałe muzeum sztuki cyfrowej o nazwie teamLab, do którego wyciągnął nas Paul. Z tego co się orientuję, w Tokyo są obecnie dwa, a my byliśmy w teamLab Planets. Paul mówi, że to drugie jest lepsze, ale i to jest rewelacyjne, więc myślę, że warto zobaczyć oba.

teamLab to kolektyw artystyczny, interdyscyplinarna grupa różnych specjalistów takich jak artyści, programiści, inżynierowie, animatorzy grafiki komputerowej, matematycy i architekci, których wspólne działania mają na celu połączenie sztuki, nauki, technologii, design’u oraz świata naturalnego.

Muszę przyznać, że efekt jest zachwycający i pobyt w muzeum był dla nas i dla naszych zmysłów wspaniałym doznaniem.

Halloween w Tokyo.

Nasz pobyt w Japonii, a szczególnie w Tokyo, przypadł na bardzo korzystny dla nas okres. Nie tylko załapaliśmy się na wspomniane powyżej uroczystości w Meiji Jingu, ale mieliśmy również okazję doświadczyć, jak chętnie i kreatywnie Japończycy podchodzą do świętowania Halloween.

Wieczorem 31 października udaliśmy się do części miasta o nazwie Shibuya.

Już na stacji metra dało się wyczuć, że przybyliśmy we właściwe miejsce. Ludzie poprzebierani w wymyślne kostiumy byli dosłownie wszędzie.

Natomiast po wyjściu na zewnątrz, okazało się, że do Shibuya przybyły prawdziwe tłumy. Zakrwawieni chirurdzy, martwe uczennice, dmuchane świnki, postaci z kreskówek, potwory i wszelkie inne kreatury, bardzo skrzętnie pokrywały każdy fragment wolnej przestrzeni. Naprawdę było na co popatrzeć.

Co więcej, ludzie byli bardzo przyjaźni, chętnie pozowali do zdjęć i strzelali sobie fotki z innymi, w tym również z nami, chociaż nie mieliśmy kostiumów.

Było to bardzo ciekawe przeżycie i dało nam okazje do podpatrzenia kolejnego elementu japońskiej kultury.

Kabuki.

Poza bodajże dwoma formami teatralnymi, które mieliśmy okazję zobaczyć w Meiji Jingu, Kasper zaplanował dla nas również wyjście do Kabukiza Theatre.

Jest to największy teatr Kabuki w Japonii i jedyny, który wystawia sztuki każdego miesiąca w roku. Został otwarty w 1889 r. i znajduje się w dystrykcie Ginza.

Kabuki w alfabecie Kanji tłumaczy się jako: „Ka” piosenka, „Bu” taniec, „Ki” gra aktorska. Jest to jedna z tradycyjnych form sztuki teatralnej.

To, co mnie wydało się najciekawsze, to tradycja wydawania okrzyków przez publiczność podczas spektaklu. Jak wyczytaliśmy z ulotki, jest to sposób na dodanie otuchy aktorom, a dodatkowo, zwyczaj ten dodaje całemu przedstawieniu atmosfery i stymuluje nie tylko aktorów, ale również resztę publiczności.

Z początku pomyślałam, że pewnie nic takiego nie będzie miało miejsca i że jest to dawny zwyczaj, którego nikt już w dzisiejszych czasach nie praktykuje. Nie miałam racji. To w końcu Japonia, kraj jedyny w swoim rodzaju, w którym tradycja wciąż jest żywa. W związku z tym, publiczność podczas spektaklu nie zawiodła i okrzyki usłyszeliśmy wielokrotnie.

Samo przedstawienie było jednak przeraźliwie nudne. Dobrze, że zdecydowaliśmy się tylko na jeden akt, a nie na całość, która trwa 4.5 godziny!

Shinjuku Gyoen National Garden.

Jedną z ostatnich atrakcji stolicy na odwiedzenie której się zdecydowaliśmy, był Shinjuku Gyoen National Garden.

Właściwie na teren ogrodu weszliśmy tylko Paul i ja, jako że Kasper uznał to za stratę czasu i zamiast przemierzać alejki i podziwiać stawy, wolał obejrzeć serial, czy też zagrać w grę na telefonie.

No cóż, zbyt wiele tak naprawdę nie stracił. Owszem, ogród jest bardzo ładny i niewątpliwie jest przyjemną enklawą w tym tłocznym mieście, ale nie wyróżnia się niczym szczególnie interesującym.

Jeśli jednak już tam jesteśmy, to na pewno warto wstąpić do oranżerii pełnej bujnej roślinności.

Ulice i neony.

Tokyo to nie tylko zabytki, ale również dzielnice i ulice pełne neonów, które są atrakcją samą w sobie i wizytówką miasta.

Podczas naszych 10 dni w tym niezwykłym mieście, mieliśmy okazje odwiedzić wiele z nich, z czego większość wielokrotnie. Teraz trochę ciężko jest mi się zorientować, gdzie dokładnie zrobiłam dane zdjęcie, więc poniżej zobaczycie selekcję tych najładniejszych.

Podsumowanie.

Tokyo to bez wątpienia niezwykłe i szalenie interesujące miasto, pełne fascynujących miejsc. Nie ma wątpliwości, że warto spędzić tam przynajmniej kilka dni.

Jednak tak, jak wspominałam już wcześniej, Japonia ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko swoje metropolie i dlatego każdemu odwiedzającemu Kraj Kwitnącej Wiśni, radziłabym wyjechać poza Tokyo, czy też Kyoto i udać się w góry, nad gorące źródła lub do małej, rustykalnej wioski. To tam odkryjemy prawdziwą Japonię, ze wszystkimi jej urokami i zaletami.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*